|
czwartek, 11 lutego 2010
NBA Wednesday 10/02/10
NBA Wednesday 10/02/10 Scoreboard: Miami Heat - Atlanta Hawks 94:76 Philadelphia 76ers - Toronto Raptors 93:104 Sacramento Kings - Detroit Pistons 103:97 Milwaukee Bucks - New Jersey Nets 97:77 Boston Celtics - New Orleans Hornets 85:93 Orlando Magic - Chicago Bulls 107:87 Charlotte Bobcats - Minnesota Timberwolves 93:92 Portland Trail Blazers - Phoenix Suns 108:101 Los Angeles Lakers - Utah Jazz 96:81 Los Angeles Clippers - Golden State Warriors 102:132
Los Angeles Lakers - Utah Jazz 96:81 Bad boys Boston Celtics - New Orleans Hornets 85:93 MVP Stephen Curry (Golden State) - 33 punkty, 10 zbiórek, 13 asyst, 3 przechwyty 6th player of the day Beno Udrih (Sacramento) - 33 minuty, 22 punkty, 3 zbiórki, 6 asyst, 3 przechwyty, 1 blok Defense player of the day Nazr Mohameed (Charlotte) - 21 punktów, 20 zbiórek, 1 asysta, 2 przechwyty, 1 blok Rookie of the day Stephen Curry (Golden State) - 33 punkty, 10 zbiórek, 13 asyst, 3 przechwyty 5 of the day Steve Blake - Stephen Curry - Stephen Jackson - Pau Gasol - Nazr Mohameed
środa, 10 lutego 2010
NBA Tuesday 09/02/10
NBA Tuesday 09/02/10 Scoreboard: New Jersey Nets - Cleveland Cavaliers 97:104 Chicago Bulls - Indiana Pacers 109:101 Minnesota Timberwolves - Philadelphia 76ers 97:119 Washington Wizards - Charlotte Bobcats 92:94 Houston Rockets - Miami Heat 66:99 Sacramento Kings - New York Knicks 118:114 (OT) Detroit Pistons - Milwaukee Bucks 93:81 Atlanta Hawks - Memphis Grizzlies 108:94 Dallas Mavericks - Denver Nuggets 91:127 Oklahoma City Thunder - Portland Trail Blazers 89:77 Utah Jazz - Los Angeles Clippers 109:99 Match of the day Oklahoma - Portland 89:77 Bad boys Houston Rockets - Miami Heat 66:99 MVP Carlos Boozer (Utah) - 34 punkty (13/17), 14 zbiórek, 4 asysty, 4 przechwyty 6th player of the day Jason Crawford (Atlanta) - 27 minut, 28 punktów, 3 zbiórki, 2 asysty, 1 przechwyt Udonis Haslem (Miami) - 29 minut, 14 punktów, 14 zbiórek, 2 przechwyty, +42 Defense player of the day Gerald Wallace (Charlotte) - 17 punktów, 13 zbiórek, 3 asysty, 1 przechwyt, 2 bloki Rookie of the day Tyreke Evans (Sacramento) - 27 punktów, 10 zbiórek, 6 asyst, 1 przechwyt 5 of the day Tyreke Evans - LeBron James - Kevin Durant - Carlos Boozer - Andrew Bogut
czwartek, 22 października 2009
Anticipation for the 2010 NBA Season
Sezon coraz bliżej, napięcie rośnie, powoli można zacząć odliczać godziny do rozpoczęcia pierwszego meczu...
niedziela, 19 lipca 2009
Piłka nożna paradoksów
Że w życiu ludzkim nieoczekiwanych, zaskakujących, wręcz paradoksalnych zdarzeń nie brakuje, wiadomo nie od dziś, a nawet nie od wczoraj. Świat paradoksem stoi, stał i stać będzie, bo taka po prostu jest natura homo sapiens. Futbol, jako jedna z najważniejszych dziedzin tegoż świata, także. Paradoksalnych decyzji, historii czy zachowań w dziejach piłkarstwa światowego, jak i polskiego, nie brakuje. Dla mnie osobiście, jednym z większych paradoksów jest fakt, że w Polsce PRZEGRANE spotkanie z RFN w półfinale Mistrzostw Świata w 1974 roku ciągle uznawane jest za jedno z najwspanialszych w historii polskiej piłki. Choć, szczerze muszę przyznać, że sam się temu paradoksowi poddaje nieustannie, wciąż nie mogąc się pogodzić z tym, że akurat musiało tak cholernie padać (bo przecież nikt nie ma wątpliwości, że na normalnej murawie Polacy by pokazali kto wtedy był najlepszy). Jednak paradoks pozostaję paradoksem. Ostatnie wydarzenia na europejskim rynku transferowym także zakrawają na mocno paradoksalne. Pierwsze z brzegu – Samuel Eto’o i Barcelona. Facet strzela 36 bramek w sezonie, walnie przyczyniając się do zdobycia przez Blau Grane potrójnej korony, a w zamian dostaje… tydzień wolnego na poszukiwanie nowego klubu. Oczywiście swoje (chyba nawet przede wszystkim on) zrobił Eto’o, domagając się dużo większych pieniędzy oraz zachowując się jak rozkapryszona gwiazda, ale jakoś nie widać było wśród działaczy Barcy wielkiego zapału do zatrzymanie w swoich szeregach Kameruńczyka. Skończyło się jak się skończyło – Barca ma Ibrahimovicia, a Inter Eto’o, Hleba i 40 mln euro dodatku. Na swoje paradoksy pozwolił sobie także wielki Sir Alex Ferguson. A jakie? A no takie, że sprowadza gracza, który skończył zachwycać piłkarski świat z chwilą opuszczenia Anglii, przenosząc się do Realu. Mowa oczywiście o Micheal’u Owenie. Dla mnie to niesłychane, by mając tyle pieniędzy do wydania sprowadzić napastnika zapomnianego, nie gwarantującego właściwie nic. Podobnie ma się sytuacja z Jose Valenicą, który to ma wypełnić lukę po CR7 (właściwie CR9). Paradoks. No chyba, że to kolejny przebłysk geniuszu Szkota. Kolejnym graczem, który opuścił ManU w tym okienku transferowym jest Carlos Tevez. A że odszedł do lokalnego rywala swojej dotychczasowej drużyny, to całemu temu transferowi dodaje jeszcze więcej paradoksalności. Otóż opuszcza on jeden z najlepszych zespołów świata, na koszt drużyny zapewniającej tylko sowite wynagrodzenia. Przecież City nie zagra w jakimkolwiek europejskim pucharze, a w lidzę zdziałać może tyle, co w sezonie poprzednim, czyli wielkie nic. Tak samo postąpili Adebayor i Barry. Ekipa robi się coraz ciekawsza, ale – ot, kolejny paradoks – mnie coraz mniej przekonuję. Swoje paradoksy mamy także my, Polacy. Wisła „zbrojąc” się przed eliminacjami Ligi Mistrzów pozbyła się jednych z lepszych zawodników ostatnich lat – Zieńczuka i Baszczyńskiego. Pozbyła, a właściwie nie walczyła, by w Krakowie pozostali. W zamian miały być duże transfery, skończyło się na tym, że przyszli Kirm i za darmo Jop. Braz był, ale w końcu nie przeszedł. Nurovic, a to przyjeżdżał, a to odjeżdżał. Koniec końców, Wisła ledwo zremisowała z Levadią Tallin w pierwszym meczu eliminacji. Rewanż przed nami. „Chrześcijaństwo jest religią poetycką i pełną paradoksów, której nawet Chrystus nie zdołał wcielić w życie.” Futbol podobnie, tyle że w życie został wcielony.
piątek, 03 lipca 2009
Niekończącej się opowieści ciąg dalszy
Pierwsza przygoda Artura Wichniarka z Herthą Berlin zakończyłą się, delikatnie mówiąc, nieprzyjemnie. Piłkarz pozwał nawet drużynę ze stolicy do sądu pracy, natomiast działacze Herthy robili wszystko żeby jak najszybciej pozbyć się Polaka. Proces ten jednak trwał tak długo, że zaczęto mówić o niekończącej się opowieści.
W końcu jednak udało się obu stronom dojść do porozumienia - kontrakt rozwiązano za porozumieniem stron. Wichniarek na tym nie stracił, bo otrzymał zadośćuczynienie w wysokości 1,3 miliona euro. Na grę w pierwszym składzie nie miał co liczyć, przez trzy sezony udało mu się zdobyć ledwie cztery bramki. Niczym nie przypominał piłkarza, który w barwach Arminii Bielefeld dwukrotnie zdobył koronę króla strzelców drugiej Bundesligi oraz regularnie strzelał bramki już w najwyższej klasie rozgrywkowej naszych zachodnich sąsiadów. Zawiódł oczekiwania więc opuścił zespół.
Szybko jednak znalazł zatrudnienie u swojego poprzedniego pracodawcy w Bielefeld. I w drużynie Arminii ponownie prezentował się znakomicie. W ciągu trzech sezonów zdobył 33 bramki należąc do najrówniej grających i najskuteczniejszych napastników Bundesligi. Jednak, pomimo dobrej postawy Wichniarka, jego zespołowi nie udało utrzymać się w lidzę, co oznaczało dla Króla Artura jedno - odejście. O zainteresowanie trudno nie było, ale tego co się stało chyba mało kto się spodziewał. Gdy drużynę z Berlina opuścili Andreij Woronin i Marko Pantelić, trener Favre zaczął poszukiwać zawodnika zdolnego zdobyć kilkanaście bramek w sezonie. I, o dziwo czy nie, wypatrzył Wichniarka. Dodatkowo, Polak był dosyć tani - kosztował Herthę ok. 700 tysięcy euro. Jeśli tylko Polak udowodni, że naprawdę jest klasowym napastnikiem potrafiącym zdobywać bramki nie tylko dla zespołu z Bielefeldu, pieniądze te zwrócą się bardzo szybko. A w Berlnie w Wichniarka wierzą chyba bardzo, skoro ciągle mające w głowie wydarzenia sprzed kilku lat, postanowiono mu zaufać raz jeszcze i zaoferować dwuletni kontrakt z możliwością przedłużenia o kolejny rok.
Wszystko teraz w głowie i nogach Artura. Ma szansę na rehabilitacje, oraz by niekończącą się opowieść jednak zakończyć. I to zakończyć happy end'em.
Uffff jak gorąco...
Tegoroczny okres wakacyjny w NBA zapowiadał się jako jeden z najciekawszych w całej historii ligi. I faktycznie, na nudę kibice najlepszej koszykarskiej ligi świata nie mogą narzekać. Nam, Polakom, dodatkowego smaczku dodaje fakt, że jednym z głównych bohaterów off-season jest Marcin Gortat. Polak po tym, jak dobrze prezentował się przez cały zakończony niedawno sezon, znajduję się w samym centrum transferowej gorączki jaka zapanowała w NBA. Podobno zainteresowana Nim była niemal połowa ligi, choć tak naprawde w grę wchodzić może kilka zespołów. Najwięcej mówi się o Houston Rockets, San Antonio Spurs, New York Knicks oraz o Dallas Mavericks. I to, najprawdopodobniej, właśnie do drużyny Marka Cubana trafi Gortat. Charyzmatyczny właściciel Mavericks zapowiada, że w jego zespole Marcin zostanie gwiazdą, a dodatkowo może liczyć na zarobki w wysokości 5,6 mln dolarów za sezon, czyli praktycznie najwięcej ile jest to w przypadku Polaka możliwe. Żaden inny zespół nie jest w stanie więcej zapłacić koszykarzowi pochodzącemu z Łodzi. Nawet Magic, którzy mają prawo wyrównać najwyższą ofertę innego zespołu i w ten sposób zatrzymać Gortat, nie będzie na to stać. Polish Hammer, podobno, słownie zgodził się już na ofertę z Dallas, a więc wszystko wskazuję na to, że Polaka w następnym sezonie zobaczymy obok takich zawodników jak Dirk Nowitzki w składzie Mavericks.
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Awanse Radwańskiej i Kubota, docenieni Gortat i Sapa
Poniedziałek okazał się szczęśliwym dniem dla polskich tenisistów. Do ćwierćfinału singla kobiet awansowała Agnieszka Radwańska, a ten sam poziom w turnieju debla mężczyzn osiągnął już Łukasz Kubot w parze z Austriakiem Marachem. Natomiast Marcin Gortat załapał się do dwudziestki piątki najlepszych wolnych agentów przed najbliższym sezonem, przygotowanej przez jednego z amerykańskich dziennikarzy. W wielkim Tour de France pojedzie też nasz rodak, Marcin Sapa.
Reprezentantka Polski na kort wyszła jako jedna z pierwszych, już o godzinie 13 polskiego czasu na korcie numer 18 zmierzyła się z rewelacją tegorocznego Wimbledonu, reprezentantką USA Melanie Oudin. Młoda amerykanka w drodze do IV rundy musiała przedzierać się przez kwalifikacje, a w rundzie poprzedniej wyeleminowała rozstawioną z numerem 6, Jelene Jankovic. Wszystko zapowiadało ciężką przeprawę dla naszej zawodniczki. I faktycznie, łatwo nie było. Spotkanie lepiej rozpoczęła Oudin, która w trzecim gemie przełamała Agnieszke i po chwili prowadziła już 3:1. Jednak od tego momentu Radwańska zaczęła grać pewniej, często chodziła do siatki, posyłała prezycyjne dropshoty - set zakończył się jej zwycięstwem 6:4. W drugim, do piątego gema obie zawodniczki utrzymywały swój serwis, wtedy to Oudin ponownie udało się zdobyć podanie Agnieszki i wyszła na prowadzenie 3:2. Na szczęście na odpowiedź "Isi" długo czekać nie musieliśmy, już przy pierwszej okazji odzyskała stracony serwis, a przy swoim prowadzeniu 6:5 po raz kolejny przełamała rywalkę wygrywając gema do zera, co sprawiło że mecz zakończył się w dwóch setach. W ten sposób Agnieszka zrealizowała swój plan minimum na tegoroczny Wimbledon - osiągnęła ćwierćfinał, w którym zmierzy się z Venus Williams. Agnieszka jest już coraz bliżej kortu centralnego, jutrzejsze spotkanie odbędzie się na drugim co do ważności korcie pierwszym.
Nieco w cieniu meczu Agnieszki, swój pojedynek w walce o ćwierćfinał rozgrywał Łukasz Kubot. W parze z Olivierem Marachem mierzył się z z parą Kas/Troicki. I choć mecz nie rozpoczął się najlepiej, bo pierwszy set polsko - austriacka para przegrała w tie-break'u, to później "nasi" udowodnili, że są lepszym deblem niż przeciwnicy. Drugi set, to jeszcze zwycięstwo 7:6, ale w kolejnych wygrywali już łatwo 6:1 i 6:3. Teraz, w walce o półfinał, czeka na nich rozstawiony z numerem drugim debel Nestor/Zimonijic. Zadanie trudne, ale wykonalne.
Na oficjalnej stronie NBA, pojawił się dziś artykuł autorstwa John'a Schumann'a, w którym autor przedstawia dwudziestu pięciu, jego zdaniem, najbardziej "gorących" wolnych zawodników, których mogą pozyskiwać zespoły przed nowym sezonem. Znalazł na niej miejsce także dla naszego rodaka, Marcina Gortata. Co prawda, na ostatnim 25. miejscu, ale jednak. Patrząc na nazwiska jakie wymienia wcześniej, wcale nie jest to takie złe miejsce. Co z tego wynika? To, że wśród amerykańskich specjalistów od koszykówki, Gortat ma już bardzo dobrą pozycję i uważany jest za zawodnika mogącego stanowić duże wzmocnienie dla poszczególnych klubów. Cały artykuł: http://www.nba.com/2009/news/features/john_schuhmann/06/29/schuhmann.top10.freeagents/index.html
Gdy wydawało się, że w tegorocznym Tour de France nie pojedzie żaden Polak, zespół Lampre pozytywnie zaskoczył wystawiając do udziału w Wielkiej Pętli Marcina Sape. Dla Polaka będzie to absolutny debiut w jednym z wielkich Tourów. Wielkich wyników nie należy się spodziewać, Marcin będzie pewnie harował dla liderów zespołu - Ballana i Bruseghina, jednak już sam udział jest dla niego dużym wyróżnieniem. Najlepszy z polskich kolarzy - Sylwester Szmyd, nie pojedzie w Tourze, bo w tym roku ma za zadanie pomoc Ivanowi Basso, a ten będzie walczył o zwycięstwo w rozgrywanym we wrześniu wyścigu Vuelta de Espana. Niedługo po zakończeniu wyścigu we Francji pojedzie w Tour de Pologne.
środa, 10 czerwca 2009
Panie redaktorze Szadkowski...
Zazwyczaj takie coś po prostu olewam, ale nie dziś. Na swoim blogu pyta Pan dlaczego Zagłębie i Korona słuchają kiboli. Chciałbym odnieść się tylko do sytuacji tego drugiego klubu, którego - jak to Pan nazywa - "kibolem" jestem od wielu lat.
Piszę Pan, że w Kielcach słuchają kiboli. Również Pan pisał, że działacze Wisły nie dostali z Kielc żadnej odpowiedzi. Nie daję to Panu do myślenia? Sądzi Pan, że pierwsze co zrobili działacze Korony po otrzymaniu zapytania z Krakowa, to polecieli prosić o zgodę kieleckich kibiców? Nie, bo oni sami doskonale wiedzą jakie stosunki panują pomiędzy kibicami obu zespołów, doskonale wiedzą, że na rozgrywanie takich meczów nie zgodziłaby się policja, doskonale wiedzą czym takie mecze mogłyby się skończyć, nie tylko na stadionie. Krótko mówiąc, nikt Wisły w Kielcach nie chcę i wszyscy mają do tego zupełne prawo.
Czy Pan wpuściłby do swojego domu kogoś, kto w jakikolwiek (nie chcę mówić o zabójstwie) sposób skrzywdził kogoś z Pana rodziny, przyjaciół? Bo dla prawdziwych kibiców stadion to nie tylko miejsce rozgrywania meczów. To miejsce, w którym przeżywa się to, czego Pan pewnie nigdy nie doświadczył, takie, w którym poznaję się przyjaciół, zdobywa doświadczenie życiowe, miejsce wręcz święte dla wielu z Nas. Drugi dom. Dużym dyshonorem byłoby rozgrywanie na nim spotkań przez wroga, występującego w roli gospodarza. A dla Pana prawdziwym kibicem jest taki, który dla pieniędzy nie poskąpiłby nawet honoru.
Wie Pan na pewno doskonale, czym mogłyby się takie ewentualne mecze skończyć. Myśli Pan, że po przyjeździe do Kielc wielotysięcznej grupy kibiców z Krakowa, wszystko przebiegłoby bez najmniejszych kłopotów? A może Pan na to właśnie liczy? Miałby Pan wtedy doskonałą okazję to pisania o tej "żyjącej prymitywną nienawiścią bandzie", jak nazywa Pan kibiców.
Czy naprawdę dla Pana liczą się tylko pieniądze? Naprawdę uważa Pan, że można zrobić wszystko, jeśli tylko otrzyma się za to konkretną kasę? Honor, przyjaźń i lolajność nie mają dla Pana znaczenia? Naprawdę nie widzi Pan nic złego w graniu Wisły w Kielcach, po tym co wydarzyło się we wrześniu 2007 roku? Jeśli tak, to szczerze Panu współczuje...
Piłka (nie) reprezentacyjna
To, co zaprezentowali polscy piłkarze w meczach z RPA i Irakiem można określić kilkoma słowami - wstyd, zażenowanie, klęska. Pozytywów, o ile ktoś takowe znajdzie, jest bardzo mało. W głowie pojawiają się pytania o sens organizowania takich zgrupowań oraz o faktyczną siłę piłki nożnej w Polsce.
Koniec sezonu to okres, w którym piłkarzom w głowach spotkanie z rodziną, odpoczynek i ewentualnie podróże do dalekich krajów. Taką podróż polscy działacze i trenerzy zapewnili reprezentantom Polski - kierunek Republika Południowej Afryki. A jaki był cel tego zgrupowania? Bynajmniej nie turystyczny. Chociaż, po grze jaką w wykonaniu polskich piłkarzy zobaczyliśmy, możnaby się nad tym głęboko zastanowić. Oczywiście nikt nie mógł przewidzieć, że ponad dziesięciu reprezentantów Polski złapie kontuzje, czy prawdziwe czy nie to już mniej istotne. Jednak nawet gdyby wszyscy oni do Afryki polecieli, to nie wydaje mi się żeby znacząco poprawiło to oceny tego wyjazdu. W końcu sam trener - selekcjoner mówi, że czerwiec to najgorszy miesiąc do rozgrywania meczów przez polskich piłkarzy. No, ale grać trzeba. Tylko czy trzeba było dodatkowo męczyć piłkarzy i wysyłać ich aż tak daleko? Czy nie można było zorganizować zgrupowania bliżej, chociażby w Polsce, i zagrać z europejskimi przeciwnikami? Byłoby i łatwiej, i przyjemniej. A tak, piłkarze reprezentacji, konkretnie jej kapitan - Michał Żewłakow, przyznają, że było to dziesięć dni męczarni i z ulgą oraz zadowoleniem przyjęli zakończenie tego zgrupowania.
Sprawa kolejna. Wtorkowym popołudniem, kiedy włączyłem TV i zobaczyłem na jakim "stadionie" gra reprezentacja Polski, osłupiałem. Kamera na poziomie płyty boiska, trybuny... a właściwie ich brak. - Trudno oczekiwać lepszych warunków, gdy w RPA Polska gra z Irakiem. - mówi trener Beenhakker. Pozwolę sobie nie zgodzić się z Nim, powinniśmy oczekiwać więcej. Bo czy, gdyby przyszło jakimkolwiek obcym zespołom zagrać na polskiej ziemii, to czy kazalibyśmy im grać na stadionie urągającym meczowi rozgrywanemu pod egidą FIFA? Najwidoczniej Afrykanie z południa nie są tak gościnnym narodem jak Polacy.
Jeśli mówić o aspektach sportowych, to kilka dobrych słów powiedzieć można o Żewłakowie, Murawskim, Lewandowskim czy Załusce, może Peszce. Nie oznacza to, że pokazali futbol na najwyższym poziomie, bo żaden z kadrowiczów nie wzniósł się na international level, o którym tyle mówi Beenhakker. Oni po prostu starali się najbardziej, popełnili najmniej błędów. Skompromitował się Wilk, masę błędów popełniał Bosacki, Dudka nie wyglądał na zawodnika z pierwszej jedenastki reprezentacji. Tak możnaby wymieniać długo. Ale nic to nie da. Po prostu polska piłka ostatnio jest wyjątkowo nie reprezentacyjna.
sobota, 06 czerwca 2009
Szczęście sprzyja... lepszym?
Cała runda wiosenna w wykonaniu Korony była fatalna. Przegrywane mecze, fatalny styl, nie najlepsza atmosfera wokół piłkarzy – to wszystko sprawiało, że sen o szybkim powrocie do Ekstraklasy zdawał się być nierealnym. Oczywiście nie można jeszcze mówić o pełnym sukcesie, bo do rozegrania zostały jeszcze dwa barażowe spotkania z Cracovią (?). Jednak już sam awans do barażu jest dla kieleckiej drużyny sporym sukcesem. Ale czy zasłużonym? Z jednej strony znakomita runda jesienna, mocny skład, duże nadzieje na sukces, ale z drugiej to, o czym wspomniałem na wstępie. Pewne jest, że nie byłoby tego sukcesu gdyby nie korzystne wyniki w innych spotkaniach. I to nie tylko w ostatniej kolejce, tylko przez całą rundę. Podbeskidzie zdołało wygrać tylko jedno spotkanie na wyjeździe, punkty traciło także w meczach u siebie. Gdy wydawało się, że Znicza już nikt nie powstrzyma na drodze ku Ekstraklasie, ten zaczął przegrywać mecz za meczem. Górnik i Flota, mimo sporych szans podobnie - traciły dużo punktów. Niespodziewanie to zespoły walczące o utrzymanie gromadziły punkty na tych grających o najwyższe cele, a nie odwrotnie. Jedynie Widzew i Zagłębie konsekwentnie wygrywały swoje mecze, chociaż zespół z Lubina przed przyjściem trenera Lenczyka też na jakiś czas popadł w ligowy marazm. Wydaje się więc, że wszystkie narzekania na piłkarzy Korony, jakie miały miejsce właściwie od początku tego roku, okazały się być niepotrzebne. Teraz mają oni świetny argument w ręku – w końcu osiągnęli minimum tego, czego oczekiwała kielecka społeczność. Jaką drogą, to inna sprawa. Jedno jest pewne – bez masy szczęścia tego sukcesu by nie było. Ale w końcu sprzyja ono lepszym, prawda? Więc niech to, że tymi lepszymi są, udowodnią teraz w obu meczach z Cracovią. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
|